We Wschowie tęsknią za pociągami

We Wschowie tęsknią za pociągami

27 grudnia 2013 | Autor:
PODZIEL SIĘ

Wschowa to jedno z tych miasteczek, których mieszkańcy poniewczasie zatęsknili za koleją. Zmienne losy historii przez ponad 150 lat wyznaczały tu miejsce i rolę pociągów, aż do 2011 r. – wtedy ostatecznie zlikwidowano wszystkie połączenia.

Fot. Jacek Zemła

Na lokalnych forach internetowych można przeczytać utyskiwania studentów na brak dojazdu pociągami do Poznania czy Wrocławia, są też tacy którzy naciskają na burmistrza, by przywrócił ruch pasażerski na miejscowym dworcu. Nic dziwnego, wschowianie mieli sporo czasu, by przyzwyczaić się do obecności kolei w swoim mieście – aż 156 lat!

Przez Odrę nie łatwo

Tyle bowiem minęło od wybudowania linii kolejowej przez Wschowę, zwaną wtedy Fraustadt. Była to linia z Leszna do Głogowa, łącząca miasto z dwoma ważnymi węzłami, z których można było wyruszyć w różne strony świata.

Linię budowano mozolnie, bo na trasie znajdowała się trudna do pokonania przeprawa przez Odrę pod Głogowem. Wzniesienie tam mostu zajęło ówczesnym budowniczym dwa lata, dlatego najpierw pociągi z Leszna docierały tylko do stacji Grodziec Mały, skąd pasażerów wożono dalej furmankami. Od 1858 r. składy kursowały już na całej trasie ku uciesze wschowian, którzy nareszcie mogli podróżować do woli w kierunku Berlina przez Żagań, Żary i Cottbus (Chociebuż).

Nowa linia – nowy dworzec

Kolejnym ważnym wydarzeniem w historii Wschowy było wybudowanie w 1913 r. lokalnej 18-kilometrowej linii do Lipinki Głogowskiej. Tam połączyła się ona z już istniejącą siecią torów, dając możliwość dojazdu koleją do Sławy Wielkopolskiej i Sulechowa. Wtedy właśnie powstał we Wschowie obecny dworzec, rozbudowano też układ torowy i postawiono parowozownię do obsługi trakcyjnej nowych połączeń. Stacja tętniła życiem przez całą dobę, bo w międzyczasie linia z Głogowa została przedłużona hen hen za Leszno i dotarła przez Ostrów Wielkopolski, Kalisz i Łódź do Łowicza, skąd już było rzut beretem do Warszawy. Ruch pociągów był tu spory aż do końca I wojny światowej, gdy tuż za Wschową pojawiła się granica polsko-niemiecka. Ale nawet wtedy linii nie przerwano, stanowiła ona jedno z nielicznych połączeń kolejowych między dwoma zwaśnionymi w tamtych czasach państwami.

Armia na wschód, armia na zachód

W latach 1939-45 granica zniknęła, a Niemcy intensywnie rozbudowywali infrastrukturę kolejową. Na linii przez Wschowę panował wzmożony ruch, kierowano tędy m.in. transporty wojskowe zmierzające na front wschodni. Była to linia odciążająca główne magistrale wiodące przez Poznań i Wrocław.

W powojennej Polsce przez długie lata linia Łódź Kaliska – Tuplice, bo tak ją nazwano, była utrzymywana w doskonałym stanie. Podobnie jak za Niemca miała ona ogromne znaczenie militarne, był to korytarz szybkiego przerzutu dla Armii Radzieckiej na wypadek wojny lub interwencji w NRD. Pobudowano wtedy kilka obwodnic, dających możliwość jazdy z ominięciem wielkich stacji takich jak Leszno czy Krotoszyn. Tory były jak stół, a dozwolone prędkości miejscami dochodziły nawet do 120 km/h. Przez Wschowę kursował nocny pociąg pospieszny z Warszawy Wschodniej do Zielonej Góry, przedłużony potem do Żagania. Miał tu planowy postój. Był to flagowy skład odchodzący z miejscowego dworca. Docierał tu jadąc w obu kierunkach w środku nocy, ale komu to w tamtych czasach przeszkadzało...

Kolejowa ciuciubabka

Kres kolejowego eldorado nadszedł z początkiem lat 90. Najpierw ze względu na niską frekwencję i fatalny stan torów zamknięto odchodzącą ze Wschowy linię do Lipinki Głogowskiej. Potem skasowany został pociąg pospieszny z Warszawy do Żagania. Wreszcie przyszła kryska na pociągi lokalne z Leszna do Głogowa. Z tymi jednak nie poszło łatwo, bo mieszkańcy (głównie Wschowy właśnie) mocno protestowali.

Dlatego zaczęła się typowa kolejowa ciuciubabka. Połączenia likwidowano, a następnie po kilku miesiącach przywracano. Co jakiś czas pociągi zastępowano autobusami, a mieszkańcy nigdy nie byli pewni gdzie mają iść – na stację czy na przystanek. Godziny odjazdów zmieniano tak, by nikt nie mógł nimi dojechać do pracy ani szkoły.

W efekcie składy jeździły puste, więc można było odtrąbić „sukces” i ostatecznie wykreślić je z rozkładu. Stało się to w 2011 r. – od tamtego czasu wschowska stacja jest martwa.


W 2011 r. nastąpił triumf kolei nad pasażerami - wszystkie pociągi zlikwidowano (fot. Jacek Zemła)

Wschowianie wciąż próbują jeszcze walczyć o pociągi, ale są niestety na straconej pozycji. Ich miasto leży w województwie lubuskim, sąsiednie Leszno należy do Wielkopolski, a położony na drugim końcu linii kolejowej Głogów jest częścią Dolnego Śląska. Uruchomienie tutaj pociągów wymagałoby dogadania się trzech marszałków, a to, jak się wydaje, jest równie mało prawdopodobne, jak lądowanie Marsjan na peronie wschowskiego dworca...

PODZIEL SIĘ