Zapomniana, najtragiczniejsza katastrofa

Zapomniana, najtragiczniejsza katastrofa

02 czerwca 2012 | Autor:
PODZIEL SIĘ

24 listopada 1944 r. w miejscowości Barwałd Średni (małopolskie) miała miejsce najtragiczniejsza, pod względem liczby ofiar śmiertelnych, katastrofa kolejowa na polskich ziemiach. Spowodowany przez błąd ludzki wypadek przez kilkadziesiąt lat pozostawał praktycznie nieznany.

Fot. Jstudnicki, Wikipedia

Barwałd to obecnie spokojna, malownicza wioska, korzeniami sięgająca XIV wieku. Składa się ona z trzech sołectw: Barwałdu Dolnego, należącego do gminy wadowickiej oraz Barwałdu Górnego i Średniego, które leżą na terenie gminy kalwaryjskiej.

Przez teren rozległej wioski przebiega linia nr 117 z Kalwarii Zebrzydowskiej Lanckorony do Bielska-Białej. Budowę odcinka Wadowice – Kalwaria (od 1939 roku nazwa Kalwaria Lanckorona) rozpoczęto w 1887 r. Oddano go do użytku 1 maja 1888 roku. 

W schyłkowym okresie niemieckiej okupacji, ok. 300 metrów w kierunku wschodnim od obecnego przystanku Barwałd Średni (powstał dopiero w 1993 r.), w aktualnym kilometrze 7,323 linii nr 117 doszło do zderzenia niemieckiego pociągu wojskowego wiozącego transport dla Wermachtu z pociągiem pośpiesznym z Zakopanego do Krakowa. W jego wyniku śmierć poniosło ponad 130 osób, a według różnych szacunków od 100 do nawet 200 zostało rannych.

Przebieg katastrofy
Pod koniec wojny znacząco wzrasta na odcinku z Wadowic do Kalwarii ruch pociągów wojskowych z zaopatrzeniem na front wschodni. Na trasę tą są też kierowane pociągi z równoległego szlaku Skawina – Spytkowice – Oświęcim, który z racji lokalizacji w Oświęcimiu obozu koncentracyjnego, jest obiektem częstych ataków ugrupowań partyzanckich.

Feralnego dnia dyżurny ruchu w Kalwarii Lanckoronie otrzymuje od dyżurnego z Wadowic meldunek o przejeździe wojskowego pociągu towarowego z tzw. rozkazem „A”. Oznacza to, że liczący blisko 18 kilometrów odcinek z Wadowic do Kalwarii zostanie pokonany bez zatrzymania.

Nie wiadomo, z jakich przyczyn dyżurny z Kalwarii wkrótce po tym zgłoszeniu opuszcza dyżurkę. Faktem jest, że wychodzi, nie wpisując wcześniej otrzymanego z Wadowic rozkazu do książki meldunkowej. W efekcie zastępujący go zawiadowca stacji nie ma pojęcia, że z Wadowic za chwilę wyruszy pociąg z zaopatrzeniem dla armii. Nic nie wiedząc, wyprawia na zajęty już szlak Kalwaria – Wadowice pociąg pośpieszny relacji Zakopane – Kraków (także z rozkazem „A”), który ma jechać objazdem przez Wadowice i Spytkowice z powodu wysadzenia przez partyzantów mostu kolejowego pomiędzy Kalwarią a Skawiną.

Gdy pociąg pośpieszny opuszcza stację w Kalwarii Zebrzydowskiej (od 1990 r. jest to przystanek osobowy), na dyżurkę w Kalwarii Lanckoronie powraca dyżurny ruchu. Przypomina sobie o rozkazie z Wadowic i odkrywa grozę sytuacji. Szybko telefonuje do dyżurnych w Kalwarii Zebrzydowskiej i Kleczy Górnej, aby zatrzymano oba pociągi. Niestety pociąg towarowy mija już stację w Kleczy, natomiast obsługa pociągu pośpiesznego nie widzi, bądź ignoruje dyżurnego ruchu z Kalwarii Zebrzydowskiej, który daje sygnały czerwoną chorągiewką oraz okrzykami „Halt – Stój” próbując zmusić pociąg do zatrzymania (stacja w Kalwarii Zebrzydowskiej nie posiada wówczas semaforów wyjazdowych).

Desperacki pościg
W tej sytuacji dyżurny ruchu z Kalwarii Zebrzydowskiej, świadom grożącego niebezpieczeństwa, podejmuje ostatnią desperacką próbę zapobieżenia tragedii. Wysyła w pościg za pociągiem pośpiesznym mały parowóz przetokowy, który akurat znajduje się na stacji. Ma on dogonić skład pasażerski i sygnałami dźwiękowymi zmusić do zatrzymania. Niestety, ten plan nie powiedzie się. Do sukcesu brakuje jednak niewiele. W chwili katastrofy goniący parowóz znajduje się w odległości 500 m od ostatniego pociągu pośpiesznego.

Zderzenie jest nieuniknione. Pociąg towarowy jedzie z niewielką prędkością. Pociąg pośpieszny porusza się jednak o wiele szybciej, ok. 60-70 km/h. Ze względu na trudny profil linii (liczne zakręty i wzniesienia, wyjazd z wąwozu), maszyniści nie widzą się do ostatniej chwili.

Dochodzi do zderzenia. Pociąg pasażerski z impetem wbija się w skład pociągu towarowego.  Parowozy ulegają wykolejeniu i stają w płomieniach. Trzy pierwsze wagony pociągu pospiesznego ulegają całkowitemu zniszczeniu. Świadkowie katastrofy opisują potworny huk a następnie przerażającą ciszę, która zaległa nad spiętrzonymi szczątkami pociągów.

Do wypadku dochodzi w godzinach popołudniowych. Według relacji Tadeusza Szczura („Gazeta Krakowska” z 24 listopada 2004 r.) ma on miejsce między 15.15 a 15.20.
Już następnego dnia, 25 listopada, na terenie obozu oświęcimskiego zostaje rozstrzelany dyżurny ruchu z Kalwarii Lanckorony. Doraźnym wyrokiem sądu zostaje uznany winnym doprowadzenia do katastrofy.

Następstwa tragedii
Akcja ratownicza jest utrudniona. Stare drewniane wagony konstrukcji austriackiej nie zapewniały należytej ochrony. Pociąg był przeładowany. Brakuje karetek, sprzętu medycznego, środków opatrunkowych i dezynfekcyjnych. Na miejscu pracuje tylko trzech lekarzy. Nietrudno odgadnąć, że liczba ofiar nie będzie mała. Wielu umiera nie otrzymując na czas pomocy.

Dokładna liczba zmarłych i rannych jest dzisiaj ciężka do precyzyjnego ustalenia. Według profesora Andrzeja Nowakowskiego, który gruntownie badał temat, wykonując m.in. kwerendę w archiwach i księgach parafialnych oraz docierając do żyjących jeszcze naocznych świadków zdarzenia, na miejscu mogły zginąć nawet 134 osoby, a ok. 100 odnieść ciężkie obrażenia (wraz z lżej rannymi liczba poszkodowanych mogła sięgać nawet 200 osób).

W ratowanie pasażerów angażuje się z wielką ofiarnością miejscowa ludność. Ocalali ranni transportowani są do szpitala w Wadowicach, a także do szpitala polowego w Andrychowie. Wielu zmarłych zostaje pochowanych na barwałdzkim cmentarzu. Ofiary pochodzą głownie z Podhala, ale także z okolic Łodzi, Kielc i Lublina. W wypadku ginie Helena Sopicka, żona Stanisława Antoniego Sopickiego, publicysty i redaktora wchodzącego w skład rządu emigracyjnego w Londynie, współpracownika Wojciecha Korfantego.

Fot. Jstudnicki, Wikipedia

Godne upamiętnienie
Trudno uwierzyć, ale przez kilkadziesiąt lat katastrofa w Barwałdzie Średnim pozostawała praktycznie nieznana. Temat był nieobecny w mediach oraz fachowych publikacjach. Dopiero 23 listopada 2004 roku, w przededniu 60. rocznicy katastrofy, staraniem władz samorządowych, przedstawicieli świata nauki oraz spółki PKP PLK dokonano w miejscu zderzenia odsłonięcia obelisku pamiątkowego upamiętniającego tragiczny wypadek oraz jego ofiary.

Korzystałem z wydanej w 2008 roku w Wadowicach pracy profesora Andrzeja Nowakowskiego: „Tragedia barwałdzka, 24 listopada 1944: relacje naocznych świadków.”

PODZIEL SIĘ